cop 26 baner

Zakaz sprzedaży aut spalinowych. Polska się podpisała, Toyota nie

Podczas zakończonego szczytu klimatycznego COP26 polski rząd podpisał deklarację, z której wynika, że także u nas zostanie wprowadzony zakaz sprzedaży samochodów osobowych z konwencjonalnymi silnikami spalinowymi. Kiedy? Najwcześniej w 2035, a najpóźniej w 2040 roku.

Deklarację uroczyście podpisało 30 krajów, oprócz Polski również Dania, Kanada, Austria, Indie, Holandia, Nowa Zelandia, Szwecja czy Wielka Brytania. Ta ostatnia zresztą zamierza znacznie szybciej pożegnać się z benzyniakami i dieslami – ich sprzedaż na wyspach zostanie zakazana już za dziewięć lat, czyli z początkiem 2030 roku. Co znacznie bardziej interesujące, deklaracji na COP26 nie podpisały Niemcy, Chiny, ani Stany Zjednoczone. Jedynie pojedyncze stany i miasta, jak California, Nowy Jork czy Dallas zadeklarowały walkę z konwencjonalnymi samochodami.

Z deklaracji wynika, że „wiodące rynki” uniemożliwią sprzedaż samochodów benzynowych i diesla w 2035 roku, natomiast „reszta świata” zrobi to w 2040. Kiedy zatem zakaz zacznie obowiązywać w Polsce? Dokument nie precyzuje, czy jesteśmy rynkiem „wiodącym”, czy „resztą świata”. Zresztą możliwe, że i tak zakaz zacznie obowiązywać w 2035 r. – nie będzie to jednak wynikało z faktu podpisania deklaracji, a unijnych przepisów. Komisja Europejska pracuje nad prawem, które zakaże sprzedaży nowych aut z silnikami spalinowymi w 2035 r.

Oprócz 30 krajów, deklarację na szczycie klimatycznym podpisało również sześć koncernów motoryzacyjnych. M.in. Ford, General Motors, Mercedes i Volvo. Nie zrobiły tego m.in. Volkswagen, Hyundai-Kia oraz Toyota. Dlaczego? Volkswagen i rząd niemiecki zwracają uwagę, że na szczycie nie osiągnięto konsensusu w kwestii paliw syntetycznych. Nie jest jasne, czy dokument uznaje je za paliwa bezemisyjne, czy też nie. Tymczasem Niemcy intensywnie pracują nad e-paliwami syntetyzowanymi z dwutlenku węgla przechwytywanego z powietrza.

Z kolei Toyota już znacznie wcześniej sugerowała, że nie podpisze dokumentu, który „szkodzi klientom”. Na czerwcowym spotkaniu udziałowców koncernu dyrektor Shigeki Terashi powiedział wprost, że „Jest zdecydowanie za wcześnie, aby skoncentrować się na jednej opcji (czyt. elektryfikacji)”. Dodał, że w ciągu najbliższych 30 lat Toyota będzie oferowała swoim klietom tyle opcji napędów, ile tylko możliwe. Od klasycznych silników spalinowych, przez hybrydy, plug-iny, elektryki, a na ogniwach paliwowych skończywszy. 

– Owszem, popularność aut z napędem akumulatorowym rośnie. Ale nadal istnieje ogromne grono kierowców, którzy wolą dotychczasową technologię i prędko z niej nie zrezygnują. Naszą rolą jest zaoferowanie produktów jednym i drugim. Bo ostatecznie przecież decydują klienci – zaznaczył dyrektor techniczny Toyoty Masahiko Maeda.

Takie podejście Japończyków wynika jednak nie tylko z „potrzeb konsumentów”. Koncern chce uniknąć „elektryfikacji na siłę” także z pobudek ekologicznych. Coraz więcej badań i raportów dowodzi, że materiały potrzebne do produkcji akumulatorów mogą stanowić większy udział w całkowitej emisji niż to, co wylatuje z rur wydechowych klasycznych aut spalinowych. – Jeżeli chodzi o emisje CO2, to pod uwagę należy brać cały cykl życia samochodu, począwszy od jego produkcji, przez eksploatację, a na recyklingu i złomowaniu skończywszy. W wypadku aut elektrycznych jest jeszcze wiele wątpliwości i niepewności – podkreślił Terashi. Toyota chce dać sobie czas na usprawnieniem procesów produkcyjnych tak, by wytwarzanie baterii miało mniejszy wpływ na środowisko. I jednocześnie obniżyć koszty ich produkcji.